Wigilijny śledzik – część 2.

Część druga.

W poprzednim odcinku. Flashback:

Nocny uśpiony Ursynów. Zlecenie. Służby Polsce. Kondzio. Podwójne nieszczęście Brać. Nie brać. Biorę. Jadę. Uliczka. Zwalniacz. Zahaczam. Pożaru brak. Latarnia, pod nią gość oburącz się trzyma. Puchówka, szorty. I czapka Mikołaja.

Całość tutaj:

Wigilijny śledzik – część 1.

________________________________________________

Na osiedlowym znaku drogowym, tym, którego typ się trzyma: Bezwzględny zakaz parkowania. Dwa przekreślone krzyże, Zaraz się kurwa pacjent złamie, z tym słupkiem i z czapką mikołaja. I będzie krzyż trzeci. Kurwa nie wiem, czy pomogę, może przy pochówku coś zanucę.

‚Oho, to mój pasażer, to Kondzio, nie ma opcji’ – myślę.

I tu akurat się grubo mylę, to nie on.

To nie Kondzio, to Zbyniek.

Bo Kondzio, mój klient,  właśnie wychodzi zza śmietnikowej altanki* dopinając rozporek, zadowolony, ulżony, z uśmiechem na twarzy. I krzyczy:

– Ooo, cześć siemanko uberku, szybko podjechałeś! Jestem Kondzio! – echo odbija radosny krzyk od uśpionych bloków. ‚..ńdzio.. ńdzio… ńdzio…’.

W sumie logiczne, że ten wokół znaku opleciony to nie Kondzio, dociera do mnie poniewczasie. W końcu jak by aplikację obsłużył, do tego obie dłonie potrzebne. A ten akurat obie ma splecione. Na słupku. I wzrok w glebie, pod mikołajową czapką.

Uchylam szybę, żeby nie krzyczał. Jakieś matki, dzieci jeszcze pobudzi, a po co.

– Witam, panie Kondziu – mówię. I pytam, wskazując na oplecionego – Ten kolega, to z nami jedzie?

– Yps! tak, z nami – mówi Kondzio przełamując czkawkę. Potem zwraca się w stronę znaku – prawda, Zbyniek, że jedziesz?

– Ymhm – pada głucha odpowiedź Zbyńka, spod mikołajowej czapki, głucho jak ze studni.

– Tylko żeby nie haftował w wozie, bo to grubo kosztuje – uprzedzam z góry.

– Znam go, nie będzie – odpowiada Kondzio za Zbynia. I jeszcze dodaje – pan mi go pomoże odczepić od tego znaku. Kurwa przyspawał się, czy przymarzł. Halo, żyjesz?

– Ymhm – to Zbyniek.

#uberselect. Jak nic

Niechętnie wysiadam z wozu. Wspólnym wysiłkiem, palec po palcu odczepiamy Zbyńka spod znaku. Łatwo nie idzie, gość dość krępy i mocno przyczepiony, zero współpracy. W końcu sukces. Wrzucamy na tylne do mondziaka. Jak worek kartofli, albo wór świętego raczej, to przez tę czapkę. I przedwigilijną porę.

Kondzio pakuje się na przednie, koło mnie. I ruszamy na Gocław.

– Pan da znać, jakby na hafty się zebrało, panie Zbyniu – jeszcze mówię przed odjazdem.

– Ymhm – potwierdza Zbyniek. I momentalnie zasypia, mikołajowa czapka pomponem obija mu nos, gdy chrapie na tylnym fotelu.

Kurs na południową Pragę, na Gocław. Z blokowisk w blokowiska, tylko po drugiej stronie Wisły. Taki Ursynów-bis. może w mniejszej skali. Czyli jedziemy.

–  To co się działo, panie Kondziu – pytam, gdy już wyjedziemy na Rosoła, w stronę Gocławia – pan opowie, panie Kondziu. Bo kolega dość mocno zrobiony, jak widzę. Czyli nieźle musiało być.

W sumie niezbyt mnie interesuje to ich marne alko-story, i tak znam finał. Po prostu wolę pogadać, niż zasnąć za kółkiem, jakąś skodę przegapić na równoległym. Nawet z najebusem zarozmowić, nawet z Kondziem

– Ehh, szkoda gadać, panie Pawle, wigilijny śledzik był u kumpla, jak co roku – odpowiada Kondzio z przedniego fotela. Po czym dodaje, wskazując palcem do tyłu – tylko Zbyniek, ten z tyłu najebał się opór. Zaczął latać po klatce, sąsiadom wygrażać. A potem rozebrał się, prawie do rosołu. I nagle znikł. Z godzinę go szukaliśmy, w końcu znaleźliśmy. Przyspawanego do tego znaku, zresztą sam pan widział.

Po czym przeprasza, wyciąga komórkę, gdzieś dzwoni. Właśnie przejeżdżamy Wisłę mostem siekierkowskim.

– Żono, żono? Już wracam – melduje Kondzio do telefonu . Tak, tak, ze Zbyńkiem. W końcu się udało go znaleźć. Szykuj mu kanapę w gościnnym, zaraz będziemy. Aha, tylko odsuń dywan i stolik przedtem. Tak, tak, nie wiadomo, znasz Zbyńka. No to pa, papatki. Zaraz jesteśmy.

Faktycznie, zaraz jesteśmy. Właśnie skręcam z Fieldorfa w prawo, pod jeden z bloków.

–  Zbyniek, budź się, już jesteśmy – mówi Kondzio.

Nic z tego, koleś chrapie na potęgę, opadły pompon z mikołajowej czapki porusza się miarowo nad jego nosem.

– Budź się, Zbyniek, po flaszkę idziemy! – woła Kondzio, już mocniej.

– Ymhm – w końcu jest jakiś ruch, na tylnej kanapie. Ruch Zbyńka.

I jest też odpowiedź, po chwili. Z dość bełkotem:

– Yps! Jak po flaszkę, to ja chętnie. W końcu trzeźwi jesteśmy, a nie? Noooo to pod śledzika, kurwa, pod jezuska. I oby nam się.

Wspólnym trudem, wspierając się wzajemnie wysiadają z wozu. I w stronę stacji. I na flaszkę. I po śledzika z niebieskim logiem lisnera.

A co, w końcu święta. I nasza kochana Polska.

Rodacy, swojaki.

To my.

__________________

*śmietnikowa altanka, za którą odlewa się Kondzio. Piękna fraza językowa.

Są w niej kwiaty i śmieci, ulga i szczyny. I czyste szczęście.

Felicita.

 

 

(Visited 568 times, 1 visits today)

One thought on “Wigilijny śledzik – część 2.”

  1. fredzik says:

    zabawna historyjka, swoją drogą fajną mają tradycję, no i żona wyrozumiała 🙂

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider