Bulwers Marioli

 

Mariolę i jej typa ogarniam z domówki w sylwestrową noc. Gdy wsiadają do mondziaka relacja wydarzeń już jest w toku, opowiada Mariola:

– I on mnie wtedy, rozumiesz Dawid, łaps centralnie za dupę. Wystarczy, że się pochyliłam na chwilę nad stolikiem, żeby kieliszki ogarnąć i już. Żelazne palce na pośladzie czuję – Mariola jest nadal mocno wzburzona całą sytuacją, pochyla się do kolesia obok- No sam powiedz, Dawid, słabe to, a nie?

– Aha – coś tam mruczy gość, raczej pod nosem. Dość niezbyt zainteresowany tym dupołapaniem, oceniam poprędce.

Mariola nie daje za wygraną.

– I to obcy gość, do tego! Rozumiesz Dawid? Obcy! Słabe, słabe, słabe. – kontynuuje Mariola. I nadal powtarza jak zaczarowaną sikhijską mantrę – Słabe, słabe, słabe.

– Aha, czyli co. Że swój mógłby? – Dawid chwilowo łapie fokus.

Oj mistrzem empatii to ty kurwa chłopaku nie jesteś. Niby to samo pomyślałem, za to pomyśleć a powiedzieć, jest różnica.  Nie odważyłbym się.

Faktycznie, na reakcję Marioli długo czekać nie muszę.

– Że co??? Co ty kurwa o mnie myślisz, Dawid??? – panna aż skacze za moim zagłówkiem, słyszę jakąś szarpaninę z tyłu.

Łup, łup, szarp, szarp.

Tu stop. Takich walk w aucie to nie toleruję. Po nich same zniszczenia, poharatane ryje, wydarte klamki w wozie. Plus w lewy zimny łokieć mogę oberwać od tyłu, a na nim kierownicę trzymam. Moment i tracę kontrolę nad autem. I  wypadek gotowy, jakaś dziewczynka z zapałkami przy krawężniku, jej twarz zmiażdżona rozpędzonymi kołami w ostatnim, błagalnym uśmiechu*. Wysypane drewienka zapałek w lepkiej krwi wokół.

Nie, nic dobrego fajt pasażerów nie wróży. Wtrącam się.

I hamuję dość ostro. Koła buksują w marnym śniego-deszczu, trochę tyłem zarzuca. Potem mondziak staje. Skutkuje, szarpanina ucicha. Chwila przerażonej ciszy z tyłu, cztery oczy wpatrzone w moje, przez wsteczne lusterko. Potem się odzywam.

– Spokojnie, nie bić się-mi-tu – rzucam przez ramię. I dodaję, budując perspektywy  –  Aż na Kabaty dojedziemy, potem można. Się bić.

#ludzkipan

Raczej mamy zgodę na pokładzie co do dalszych kroków, widzę po ich oczach. Okej, ruszam, Mariola kontynuuje żale w rękaw Dawida, tylko tym razem ciut ciszej.

– Na początku to myślałam, że to ty, Dawid, mnie złapałeś za dupę, bo niby kto inny. I nawet się ucieszyłam, że w końcu, że taki maczo jesteś i w ogóle.  A tu obracam się i widzę, że obcy gość. Męska włochata dłoń, żelazna, ehhh…  – rozmarza się przez moment Mariola i szybko dodaje – A do tego  najebany. No czysty wariat, normalnie.

– Aha – mruczy Dawid – chyba muszę wrócić na siłkę. Albo dżudżitsu potrenować, chociaż.

Potem dojeżdżamy, oni wysiadają. Mariola idzie przodem, prawie biegnie w stronę klatki schodowej, Ma fajną dupę, w czarnych obcisłych dżinsach. Też bym za nią złapał, jakby pochyliła, a co.

Człap, człap, człapie Dawid dobre dziesięć metrów za nią.

Ja się nadal wlampiam.

W dupę Marioli.

___________

* żal by było przejechać toto bezbronne, zmarźnięte.

 

 

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider