Fontaines à Varsovie

 

Didier zamawia kurs na bogato, w selekcie. Miejsce odbioru to NowaPraga, niedoświetlone boczne uliczki obok Placu Hallera. Podjeżdżam moją selektową furą, staję tam krótko po 22-giej w listopadowy późny wieczór.  Czekam na cudzoziemsko-gościa, deszcz zacina jak ostatni skurwysyn. Jest plugawo, witaj w Polsce, Didier. Architektura Pragi Północ, no prawie jak w Marsylii. Albo w sztrasburgu, albo w Reims. Katedra praska przy Kościelnej, w sumie też gotyk wyłupiaszczooczy, ten sam. Też fajna.

No wiesz Didier,  te sprawy. Gotyk. G-O-T-Y-K, powtarzaj. A teraz skup się: PRZY KOŚCIELNEJ.

#readmylips

I possij też. Wtedy najlepiej. Tylko oby komuś innemu, nie mi.

Stoję na autem awaryjnych, nic nie widzę z przodu. Wycieraczki tylko rozmazują późnojesienną słotę. Jakiś liść się przyczepił, chyba klonu, może dębu, mało się znam na jesiennych liściach. Chyba jednak dębu, za Niemca takim odznaczali. Dawno, dawno.

Gość nadal nie nadchodzi, ja kontempluję nadal liścia. Liścia ogonek i liściowe żyłeczki przesuwają się po mokrej szybie z każdym ruchem wycieraczek. ‚Tyk-tyk’- szepcą gumiaszczo wycieraczki. A z każdym ich ruchem mniej liścia w liściu.

– Cześć liściu – zagaduję tępo zanim się ostatecznie ten liść rozmaże na szybie i całkiem już nic nie będzie*.

Liści nie odpowiada, rozmazuje się coraz bardziej.

– Ej, liściu. Kamon sawa – ponawiam, trochę mocniej.

Cisza. Tylko tyk-tyk robią wycieraczki. A deszcz wciąż pada.

Nagle czuję mocne szarpnięcie z tyłu wozu, ktoś łapie za klamkę, za tylne drzwi. Zerkam w lusterka, przestraszony, niezbyt wiem co dalej, Cisnąć gazu i spierdalać, czy wysiąść, zajebać duchowi. A może to klient tak szarpie. Nic nie widzę w lusterkach, więc szybki wybór, jedynka i gaz. Słabo wybieram, bo wpakowany w ciasną uliczkę utykam pomiędzy zaparkowanymi autami . Chwilę buksują koła na mokrym asfalcie, w moim wahaniu. Gaz, sprzęgło, wsteczny, gaz. Smród palonej gumy. Przyjebać, nie-przyjebać. A może wsteczny. Właśnie, może wsteczny. Może wsteczny, może pomoże o-boże.

Nie, jednak nie, nie wymanewruję z tej uliczki. Balansuję wozem, jak smętny żuczek na grzbiecie. Dobrze że chociaż drzwi zatrzaśnięte. Tył-przód, przód-tył. Nadal walczę. Może jednak. Koła przód, koła tył. Wahacze w mondziaku błagają o litość. Może tak, może nie. Jednak nie. Czarna twarz już za oknem.

I słyszę stukanie w szybę, a za nią nic. Normalnie kurwa mrok. Czarny, czarny i czarny.  Nadal beznadziejnie macham kierownicą, wiercę się w fotelu jakby hemoroidy pół dupy mi zżarły w srogim bólu. A z tego mroku wyłaniają się, najpierw zęby, potem twarz. Czarna twarz, czarny płaszcz i parasol. A zęby białe.

To kurwa Didier, mój pasażer. I murzyn, żaden francuz – przemyka mi przez głowę. Gość nadal napierdala w boczną szybę, tak uspakajająco. I szczerzy ryja, coś tam pokazuje. Chyba żebym otworzył mu drzwi. Okej, już otwieram.

Czarny cień gramoli się do środka mondziaka, na przednie, nadal uśmiechnięty. W chuj czarny tej czarnej nocy, w czarnym deszczu. Didier odkłada parasol na tylne. Nie protestuję, niie zdążę, będą zacieki na fotelu jak nic. Poczta przy Targowej powraca.

– Bonsoir, monsieur Pavel, je suis Didier – mówi klient.

– No cześć monsieur czarny. Jestem Paweł – odpowiadam, dość przyjaźnie, za to po całkiem polsku. No bo co. Bez urazy. Po prostu nie znam francuskiego.. Ya, nigga miałem odpowiedzieć?

– Fontaines à Varsovie – ciemniawy wyznacza kurs. Z przewodnika global planet, jak nic. Tylko że tamto było latem, a tu listopad, wpół do grudnia. I deszcz, i zaraz północ. I pusta Warszawa, wcale nie Marsylia. Warszawskie fontanny o tej porze? Jakiś absurd. Zdezaktualizowało się, jak nic.

– Może do Sogo? /mejbi sogo?/ – zagaduję przyjacielsko, ja pies bernardyn, przewodnik oniemiałych. I dodaję – beter ajdeja, Didier. Fontanny klołsed, ju noł. Faking november. Kold. Faking ewryfing.

– A w Sogo fajne dupy. Najs gerls. Filles polonaises, Blondynki. – dodaję desperacko.

– No, no Fontaines à Varsovie – twardo odpowiada Didier.

Okej, klient nasz pan, myślę. A zwłaszcza na selekcie. Jadę w stronę nieistniejących niemych fontann pod wiślańską skarpę, wiozę Didiera.

Akurat Ratuszową, mijamy ZOO. Fala potężnego smrodu zalewa auto. Pojęcie smrodu przy tym, czym wieje z tamtych klatek, to za mało. W aucie krótka konsternacja, bo napierdala mocno, zgniłym bąkiem i jeszcze. Czytaj kto i dlaczego się spierdział w wozie. Przez chwilę patrzymy na siebie niewymownie, ja i Didier. Konsternacja.

– Tu zawsze wali smrodem, jak z murzyńskiej chaty – już, już mam powiedzieć, gryzę się w język. Jakoś nie wypada.

–  Oui, oui – mówi Didier. Uchylam szyby w mondziaku.

Za chwilę most Świętokrzyski, myk przez rzekę, potem Wisłostrada, na niej prawie legalna nawrotka . A co, kilometrów francuzowi zaoszczędzę. Mam gest. Zatrzymuję auto zaraz za Sanguszki,  przy nieczynnych, czarnych fontannach. Didier wysiada, przez chwilę rozgląda się wokół. Nie kończę kursu, wiem że wróci za moment.

Faktycznie, Didier za chwilę jest z powrotem w wozie.

– Putain de fontaines. – mówi pół-angielskim, pół-francuskim – Czas na filles polonaises. Grosse bite!

Wiozę go do Sogo. A co.

_____________

*jak mówił klasyk, nie będzie nic. A moje życie to Białystok.

(Visited 520 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider