Blue Monday

 

Jeżdżę na mocnym wkurwie dzisiaj. Nic mi nie pasuje. Ruch na mieście marny,, snuję się niemrawo po Żoliborzu. Od czasu do czasu jakiś krótki kurs wpada, głównie od najbliższej stacji metra, do domu. Bo zimno. Takim shuttle busem za siedem-pięćdziesiąt jestem. Jeszcze wczoraj by było za osiem, a dzisiaj już nie.

Uber właśnie  podniósł prowizję dla starych kierowców, ot tak sobie o 5%. Z 20% na 25%.  Krótkie info w zgrabnym mailu i od dziś. Żadnego przepraszam, żadnego chuj-wie-co. Choć zarzekali półtora roku temu, że prowizja dla pionierów ich wejścia na rynek to  rzecz święta, nie podniosą. Że doceniają i w ogóle czapki z głów, dzięki nam ich sukces. A tu taka sytuacja.

#słowasłowasłowa

#korpowydymany

#fuckuber

Jakąś stówkę tygodniowo uber-haraczu więcej dla nich, a dla mnie mniej. Obliczam w głowie, no fantastycznie. Rozważam opcje dalszej egzystencji.

– Tejk it izy, Paweł, są różne opcje, sam wiesz. Na pasztetową z mielonki się przerzuć, na przykład. Choć wionie trupem i nim też wygląda, z dużą ilością musztardy da się nawet przełknąć –  mówi anioł-optymista na moim prawym. I dodaje – Albo trochę więcej czasu za kółkiem spędź, żeby tę stówkę nadrobić.

– Aha. I kurwa przyrośnij do fotela, Paweł. Już na stałe. – komentuje diabeł, na lewym.

foto z netu

Świetny tajming swoją drogą wybrali ci piarowi spece z ubera lat osiemnaście, tak swoją drogą. Blue Monday dzisiaj. Pusty śmiech.

Przy Rydygiera wyciągam kolejnego szluga ze zmiętej ramki, wkurw mnie nie opuszcza. Wręcz przeciwnie, narasta. Jakaś skoda na WGM* blachach ostro daje po hamulcach tuż przede mną. Prawie w nią się wjebałem, zamyślony. Gość szuka miejsca parkingowego, o nie niełatwo wieczorem przy tych wszystkich Prestiżowych Gajach Rydygiera Apartments czy innych Ostoja Fucking Łabędzi Village.

Trąbię wściekle, potem go wymijam z mojej prawej.

– Kierunek byś najpierw chuju-wieśniaku włączył – uchylam szybę, gdy już się zrównamy.

Gość nie odpowiada, przestraszone oczy nad jesionką, pod kapeluszem.

Jadę dalej. W okolicach placu Wilsona łapię zlecenie od Moniki. Okej, biorę. Kciukiem potwierdzam, odbiór przy Słowackiego. Wywalam wpół dopalonego szluga przez okno, co by za bardzo nie śmierdziało w aucie. Kciukiem sprawdzam kurs, manewrując. Oczywiście niedaleko, siedem złotych pięćdziesiąt groszy, zza rogu za róg. Blue Monday nadal pokazuje swoje kły w ironicznym uśmiechu.

Już prawie dojeżdżam po Monikę, gdy widzę krótkie info w aplikacji. To od niej, od pasażerki, cytuję całościowo: ‚A czy pies może ze mną jechać?’

Aha. I klatkę na chomiki, taką z trocinami weź ze sobą, Monika. I bociana i lamę też.  Najlepiej kurwa pół zoo. Zjadę potem na stację, posprzątam pół godzinki w wozie, poodkurzam zanim następnych pasażerów wezmę. Ogólnie nie ma sprawy. Siedem-pięćdziesiąt za kurs. Jedną czwartą uber zgarnie. Do drinka z palemką osiemnastkowi od piaru dorzucę dwa pięćdziesiąt. Do tipa dla barmana. Za tę wykwintną palemkę ze słomki.

Anuluję zlecenie Moniki, tyle za odpowiedź w pytaniu o psie. Choć te akurat lubię, nawet bardziej niż ludzi. Jadę dalej w stronę Bielan. Odpalam kolejnego szluga. Wkurw… zresztą, wiadomo, nie ma co pisać.

Prawie dojeżdżam do dworca Marymont, gdy wpada kolejne zlecenie. Tym razem Samanta zamawia, tuż pod stację metra. Jestem po chwili, niecała minuta. Parkuję, wrzucam awaryjne, czekam pod wyjściem metra, jak zamawiała.

Tyk-tyk, zegar tyka. Samanty nie ma. Zerkam na kurs, sprawdzam adres docelowy. Jest na Braci Załuskich. Niecały kilometr. Znowu siedem-pięćdziesiąt. Shuttle-bus, skąd wiedziałem.

Po czterech minutach czekania dzwoni telefon. Odbieram.

– To ja, Samanta. Jestem w metrze, przy dworcu Gdańskim. Za pięć minut będę. Pan poczeka.

– Ni chuja, pani Samanto, szanujmy swój czas – mówię w odpowiedzi – ma pani minutę.

Rozłączam i czekam kolejną minutę. Nie ma jej. Potem anuluję i wracam do domu. Spisać tę historyjkę, którą właśnie przeczytaliście.

Ot, Blue Monday.

____________

* był kiedyś taki wywiad z Hołowczycem, dawno temu. Pytali się go, czego on, kierowca zawodowy boi się na drodze najbardziej. Czy śniegu, czy mrozu czy trudnej nawierzchni.

‚Kierowców z rejestracją WCI najbardziej się boję. Tych w kapeluszu. Nigdy nie wiesz, co zrobią za chwilę’ – odpowiedział.

Mam tak samo.

 

(Visited 838 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider