Sadownicy – część 1.

Wracam do domu, niech ta noc już się skończy. Noc potrójnie weekendowa, od piątku praktycznie jestem za kółkiem cały czas, mieszkam tu w aucie bardziej niź w domu. Jeżdżę, wożę z drobnymi przerwami na półgodzinne pałernapy, też za kółkiem, na rozłożonym przednim fotelu.  W ostatniej drzemce nawet coś mi się śniło, gdzieś pod Markami, zanim ostry dźwięk zlecenia wyrwał z opalonych ramion hawajskiej dziewczyny na hawajskiej plaży.

Aloha, budź się Paweł. Ogarniaj świat. Miej kwiaty we włosach*. Konwalie, nasturcje, nasturbacje. I inne. I bratki, też  ich miej. Pięć ich płatków pod włosem miej, róznokolorowych.

Chwilowo jakoś ogarniam. Co prawda nie bratki, bardziej przednią szybę w wozie. Oczy na zapałki, mój zimny ziew prawie zwiewa kierownicę w akordzie.  Aaa, aaaha. Taak, taak. I jeszcze raz. aaaa, aaaha. Przeciąg w wozie, uchylam szyby. Wysiadam, wylewam się na opnę, żółty mocz na białym śniegu. Potem  zatrzaskuję drzwi, prawie się budzę, jadę do domu wyspać się, nie ma co.

W aucie chyba mocno śmierdzi, raczej niemiłosiernie po moich trzech nocach za kółkiem. Domyślam się, choć nie czuję, bo przywykłem. Ten smrórd bardziej widzę w minach kolejnych pasażerów. Na pewno wali mocno, taką żółtawą,  słodkawo-gorzko-kwaśną nutą wyobrażam sobie. I trochę korzenną też.

Są w tej mieszance i perfumy Gabrysi ostatniej pasażerki /to ta słodycz, skądś ją znam, czyżby Mon Guerlain?/ i smród piwa wydzielanego oddechami, potem miliona burych najebusów przed Gabrysią /stąd gorzko, tak, przesiąkło/.

A kwach, to spod pach. Tych wielu z Parkingowej, z Mazowieckiej. Dwa razy tyle ramion, co pasażerów, tak średnio licząc wożę. Więc i wali spod tych skrzydeł podwójnie.

Do tego kurczak w curry też się miesza, nie ma co. Na  szybko ten kawałek drobiu  złapałem na przestoju w kerfurekspresie przy Światowida. Natychmiast pożarłem w wozie na głodnego,  jak dziecko z Biafry. Kurczak znikł, jego przypalone w przyprawie skrzydła nadal tu ze mną są, w accordzie. Choć od piętnastej już osiem godzin minęło. A wszystkie po nim ślady skrupulatnie wyjebałem do kosza obok.

Eh, życie.

Taka atmosfera u mnie w wozie, w trzeciej dobie jeżdżenia.  Smog i zapylenie przy tej aurze to wszystko mały miki. I ta nuta korzenna, mocno korzeniem też. Tak, to niechybnie korzeń, czuć go. Chyba nawet mój. Trzy dni nie myty.

#haha

#żarcikkosmonaucik

Czas zawijać do domu, Paweł. Czas spać. Czas nie pisać. Położyć i nie wstać aż zxa siedem gór, siedem lasów, siedem godzin. Uber jakoś poradzi. Większą prowizję naliczy, będziemy kwita. Za powietrze pojeżdżę, a co.

Honda też na mocnej rezerwie, zmęczona całkiem jak ja. O dotankowanie aż krzyczy jaskrawością żółtej kontrolki. Chuj z hondą. zlewam to, jestem przy Batorego, Do parkingu pod domem niecałe dwa kilo, rano cię japońska suko zatankuję, wiecznie głodna.  Tymczasem krzycz do woli.

Wywijam szybki myk z Koszykowej w prawo, lekko driftuję na świeżym śniegu, pomagam ręcznym, śniego-solarki zaspały, to dobrze. Całkiem fajnie to wychodzi, ślizg w lewo, w prawo, prostuję mocnym cięciem, odbijam. Mijam słup latarni o jakieś trzy milimetry, prostuję koła. Ale mi ten drift…. Sam sobą się zachwycam, chwilowo.

Szkoda, że jakiejś pasażerki, jakiejś dupy nie wiozę na przednim w tym momencie, szybka myśl mi przebiega. Najlepiej długonogiej. Aż by zawyła.

Nic to, już na prostej, już prawie w domu.

‚Ting-ting’ wpada zlecenie. Bardziej odruchowo, kciukiem akceptuję. Tak z przyzwyczajenia. Sprawdzam adres odbioru, Wiciu jest tuż obok, przy Koszykowej. Tylko on z lewej, a ja na prawym się ustawiłem. Chwila wahania.Starczy gazu w accordzie, czy nie.

Potem ostry ślizg, zmieniam kierunek jazdy, bez migacza. Ktoś tam trąbi w tle, nieważne, jakaś fabia, ukraiński uber. Pięścią odgrażam przez wpół-otwartą szybę na odjeździe, w srebrzystości opadających płatków śniegu spod tylnych kół.

A chuj tam, podjadę po niego, po Wicia.  Na drifcie, za to z fasonem podjadę.

– Mistrzu, kurwa, mistrzu Warszawy, mistrzu kierownicy – woła Wicio gdy podjeżdżam. I jeszcze, tym razem w ciemność daje, obie dłonie w trąbkę składa  – Heeeeej, chłopaki!!! Pan uber już jest, dawajcie!

Trzy postaci wyłaniają się z mroku. Wicio chwyta za klamkę, wsiada.

– Hej, uberze – mówi, mocno tnąc akcentem na ostatnią sylabę I kciukiem pokazuje do tyłu  – Tych chujów, to zostaw, panie uber.

Jest z Podlasia, jak nic – myślę. Będzie wesoło.

Nie mylę się.

cdn.

****

_________________

* co najmniej taka była ta hawajska dziewczyna. Co najmniej.

foto: wordpress.com

Już mówiłem, że co najmniej?

 

(Visited 503 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider