O smutnej niuni i wesołym Jonaszu

 

Odwożę wytańczoną, mocno zgrzaną niunię w czarnych kabaretkach do domu, na zgniły Tarchomin. Zgarnąłęm ją z teatro cubano, wprost z roztańczonych objęć Enrique. A teraz zawożę w inne objęcia. Męża Henryka, akurat chrapiącego pod puchową pierzyną przy Strumykowej. Po dziesięciu+ browarach z kumplami. Pannie buzia się nie zamyka, opowiada po drodze, ze szczegółami. Jest cała taka lavidaloca*, podoba mi się. Plus jej kabaretki, jej zapach. Jeszcze chwilę gadam z nią gdy już dojedziemy, pod blokiem, jakoś nam się nie spieszy. Ani jej, ani mi.

W końcu laska poprawia włosy i mówi:

– Wracam, Paweł, do Henryka. Dziękuję za kurs i za rozmowę. Cóż, życia nie oszukam – Uśmiecha się smutnawo. I już jej nie ma.

#lavidabloka.

Potem wracam pustą Myśliborską w stronę mostu, do centrum. Tarchomin mocno wyludniony o tej porze, jakieś zagubione auto się błąka, większy ruch jedynie pod nocnym, obdrapaną buda z krzykliwym neonem tuż przy przystanku. Za chwilę stamtąd złapię kolejne zlecenie. O właśnie ‚ting-ting’ wpada. Kurs zamawia Jonasz., Kurwa, serio. Jonasz spod nocnego na Tarchominie.

Szybka nawrotka, potem w lewo na skrzyżowaniu. Co prawda na czerwonym to w lewo, za to pusto wokół jakby bombę zrzucił, więc co poradzisz, psiarni tak czy siak chyba nie ma. I już jestem pod nocnym, staję na awaryjnych. Niecała minuta.

Widzę jak z grupki ciemnych postaci pod sklepem odbija jedna, mocno zakapturzona.. Gość podchodzi do przednich drzwi, uchylam szybę.

– Yps!. Cześć uberze, jestem Jonasz – pada nieuchronne. Pozdrawiam i od razu protestuję.

– Witam. Tylko z browarem to pan nie wejdzie, panie Jonasz – uprzedzam nieuchronne. I dodaję, doradzam – pan wytrąbi piwo tu na zewnątrz, na raz-dwa-trzy, na hejnał. Albo wyjebie w śnieg. Potem jedziemy, panie Jonasz.

Typ przy szybie tymczasem lekko mnie zaskakuje wyczilowaną odpowiedzią:

– Ależ spoko, rozumiem panie uber. Ja też na uberze śmigam. Ale. Yps! Dziś nie ja jadę, tylko mój ziomal – mówi – O ten!

Bardziej butelką niż palcem Jonasz wskazuje na ławkę, tam faktycznie jakaś postać bardziej leży niż siedzi. Widząc, że ja widzę, Jonasz rzuca:

– Pan pomoże go zapakować do wozu. Błażeja. Yps! – a potem odwraca się i woła w stronę ławki –  Błaaaażeeeej, twoja fura podjechała.

Tarchomińskie echo odpowiada, zanikając wśród bloków z wielkiej płyty – ‚-eeej’, ‚-eej’, ‚-ej.’

Jestem sceptyczny. Błażej wyraźnie też. Nawet nie wstał, nadal kima na tej tarchomińskiej ławce, mimo mrozu.

– Ni chuja, panie Jonaszu – twardo rozwiewam entuzjazm Jonasza, przez uchyloną szybę – jeszcze mi pana kolega zarzyga pół wozu. Nie biorę Błażeja.

Jonasz jest wyraźnie rozczarowany.

– Jak to, yps! pan nie bierze Błażeja. Kurwa, zapłacone, zamówione! – Jonasz jeszcze walczy, łapie za reling przy dachu. Butelka piwa osuwa mu sie z dłoni, rozbija na ulicy – pan wiezie mojego kumpla, zamówiłem, zapłaciłem!

Aha, na pewno.

Kasuję kurs, odjeżdżam spod tego nocnego, prawie po stopach klienta. Jeszcze pod maskę mi się rzuci, nic to wyminę. Jebać ich, wesołego Jonasza, najebanego Błażeja śpiącego pod nocnym. Kurs za siedem-pięćdziesiąt, i tak, by był, sprawdzam w aplikacji potem. Z Książkowej na Stefanika. Z najebanym gościem ledwo ściągniętym z ławki. ‚Pan się zatrzyma na maku, głodny jestem.’

No sama słodycz. Potrójny Mckurwa-niewiemco. Plus duże fryty, już staję.

A wesoły Jonasz niech skoczy po kolejnego browara.

Na zdrowie.

***

_______________

*la vida loca. Życie jest szalone.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

(Visited 654 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider