Nasze małe Nanga Parbat

Jest mroźno dziś w nocy, nawet bardzo jak na tę marną tegoroczną zimę. Minus siedem, to już kosmos. A Michał, mój klient-bohater dziarsko, w samym tiszercie. Grunt, że w biało-czerwonym. Z zajebiaszczym za to orłem na piersi. Sam Bóg, honor i ojczyzna, wszystko razem. Health points razy trzy, może przeżyje na tym mrozie. A może i nie.

Chyba jednak nie, raczej zginąłby-zamarzł Michał, gdybym nie podbił o czasie pod przystanek nocnego w Alejach Jerozolimskich. Gdy podjeżdżam widzę, jak przysypia na ławeczce. Koleś jest sam, nie licząc wyłupiastookiego, ostrodziobego ptaszora na koszulce. Ani chybi skrzydłami go otuli, ogrzeje kudłato-pierzastym ptasim torsem, myślę. Ba, wszak koronę ma ze złota.Szczerego.

– Halooo, pan Michał? – krzyczę uchylając szybę. Nic, cisza. Czyli najebany.

I wszystko jasne, zejście z wódko-pijalni jak spod Nanga Parbat w tych warunkach, równie ryzykowne. Tylko chwała ciut mniejsza za ratunek, na czerwony pasek w tefauenie nawet nie licz. Choć za tego orła? No może, może.

Nic to, naciskam klakson, trzy krótkie. Chyba pomaga, bo gość podrywa się,  wstaje niepewnie, podchodzi na woskowych nogach do auta. Człap, człap.

– Na Kolejową pan mnie wieź – mówi, nie bez trudu gramoląc się na tylne.

Sprawdzam w aplikacji, faktycznie. Jest i Kolejowa zaznaczona w aplikacji, Łomianki. Niezgorzej, ze trzy dychy za kurs wpadną, może ciut mniej. Okej, jedziemy.

Gdy zawracam na rondzie pod palmą, Michał przez moment protestuje:

– Gdzie pan jedziesz, yps! na Kolejową to prosto – mamroce coś bez przekonania.

Aha, jasne. A do Amsterdamu na trzecim rondzie i w lewo, myślę. Tak też odpowiadam, na czilu:

– Spokojnie, panie Michale, pan się zrelaksuje, pan się ogrzeje. Ja zawiozę.

Pomaga, typ nie protestuje, zasypia.

I tak zwłoki Michała podróżują ze mną już od jakiegoś kwadransa. Tnę Wisłostradą w stronę Łomianek aż miło, klient zalega na tylnej kanapie. Czasem czknie, z rzadka zachrapie, bywa że sapnie. Wtedy wiem, że nie zwłoki wiozę, lecz Michała. Czasem sprawdzam, czy nie rzyga, chyba nie. Kto śpi ten nie rzyga, stara prawda.

Zatem podgłaśniam czarną muzę, Kendrick Lamar akurat, surprise surprise. Wszędzie leci, to i u mnie też.

 

Przyciskam ciut mocniej, z wyjątkiem foto-radaru przy Pułkowej, tam czujnie. Za moment jesteśmy w Łomiankach. Podjeżdżam pod adres, chwilę szukam Kolejowej 45, na nawigacji nie ma. Jest za to 44, jak dla mnie close enough. Staję pod dwupiętrowym domkiem z biało-czerwoną – a jak – elewacją. Czyli pasuje. Do orła. Pewnie się Michał jebnął o numerek, myślę. A imię jego czterdzieści-i-cztery. Czyli szafa gra.

– Pan się budzi, panie Michale, jesteśmy na miejscu – mówię parkując na podjeździe. Oczywiście nie skutkuje,gość chrapie nadal. Trącam go w kolano.

– Michał, dojechaliśmy – to  już głośniej. I jeszcze – Port docelowy, wysiadka!

Zombie z tylnej kanapy wreszcie ożywa, trze oczy, ziewa, przeciąga się, napręża orła na marnej klacie.

A potem rozgląda się przez szyby i wybucha niezrozumieniem:

– Kurwa, gdzie ja jestem???

– W domu Michał jesteś. Kolejowa. Łomianki – uspokajam jak mogę. Nie pomag.

– Jakie kurwa Łomianki? Chcę do domu…

***

Nowe technologie widać nie nadążają. Zwłaszcza jak palec w apce sie omsknie. Zamawiasz na Obozową, auto podjeżdża na Okopową. Chcesz na Omulewską, lądujesz w Omsku.

A tam, choć daleko, przecież tak fajnie. Nad Omem i Irtyszem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

(Visited 772 times, 1 visits today)

4 thoughts on “Nasze małe Nanga Parbat”

  1. Dawid G says:

    Dobry kurs. Gościu dorzucił Ci sie do kasy fiskalnej xD.

    1. mm
      Paweł Grott says:

      No tak, ze trzy dyszki dorzucił. Jeszcze tysiąc sto siedemdziesiąt zostało. Błahostka.

      Pozdrawiam,
      Paweł

  2. B says:

    Nad Omem zamiast Obem. Haha, arcydobre!

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Omsk nad Omem, Kamień nad Obem. A Omulewska w Warszawie.

      Excellent! I cried. „Elementary,” said he.

      Pozdrawiam,
      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider