Trzy siostry

Ten kurs łapię na Szeligowskiej. Zamawia Olga. tuż przy takich smętnych, długaśnych blokach z balkonami, na pewno je widzieliście tylko takie smętne tam stoją. Kurwa, nic, tylko mieszkać tu, sama bajka. Dzielnica dzieci normalnie,  z pudełek zapałek ulepiona. Cienka nóżka, długa główka. I iskrzy w chuj, z tej główki.

Nic to, nad blokami się nie rozczulam, ich dziećmi tym bardziej. Krótki temat, zamawia Olga, wrzucam awaryjne i staję w zatoczce.

We wstecznym, kątem oka obserwuję przód żółto-czerwonego autobusu linii 743. Kierowca już wrzucił kierunek w prawo, już skręca w zatoczkę, tę samą co ja. I już ciśnie w klakson, żebym spierdalał mu z drogi. Czerwienią wkurwionej twarzy dorównuje herbowi z warszawską syrenką, tuż pod logiem zet-te-m. Stąd ten pośpiech. A łysy łeb sam nie wiem skąd. Może włosy wypadły

Olewam.

Za to widzę Olgę. I jej koleżanki, bo panna jest nie sama. Los rzuca uśmiech do mnie, już nie wąsatych karolów wożę. Za to trzy panny. Są, są, podchodzą do przystanku, machają do mnie. Podkręcam ostre rapy. Co by klimat był.

 

Popędzam je, żeby szybciej wsiadły. Olga plus koleżanki.  Jeszcze nie wiem, że trzy siostry.

– Tak, tak, pan Ubier, jestem. Zdzies, pan Pawieł. Wsiadać szybko! – wołam do nich przez otwarte drzwi, one w tym czasie gramolą długaśne, wysztybletowane złotym obcasem nożyska do kiawki. A tam w kiawce wcale  łatwo nie jest, miejsca ot tyle co kot napłakał. I tak dobrze, że nie nasrał. Kocie gówno, najgorszy syf.

Panny już w wozie, a i pękata flaszka też wsiada wraz z nimi, z Olgą i z resztą koleżanek. Laski trzymają  ją w manikurze tuż nad udami, takie tanie szampańskoje igristo, bądź inne, w zielono-butelkowej. W żabce siedem zeta, w każdym razie. Albo i nie wiem, nie znam się na cenach.

Po chwili ruszamy w stronę centrum, pierwsza zagaduje Olga, tuż obok mnie, na przednim. Coś dwójka słabo mi wchodzi, chyba sprzęgło się ślizga. Chujowy temat, tak ogólnie. Olga daje dalej.

– A pan się nie boi tak po nocy jeździć? – pyta. Z  mocnym nadbużańskim akcente. Do tego pociąga z butelki pękatej obok, zanim odda ją koleżankom na tylnej kanapie. Koleżanki przyjmują flaszkę z radością. I tak hihiczą z góry czekając na moją odpowiedź.

– Ano boję się, pani Olgo. Boję się strasznie. – odpowiadam zgodnie z prawdą. Zwłaszcza tej dwójki. Faktycznie, jak przycisnę na niskim obrocie nie ma mocy. Ewidentnie sprzęgło się ślizga. Tysiak w plecy. Jak nic. Tego mi było trzeba.

Podgłaśniam muzę, Olga coś papla. Koło chuja mi to wisi, co ona papla, serio. Zastanawiam się, czy jest dwumas w kii i ile on kosztuje. Wraz z wymianą. Tanio nie będzie, sprzęgło nadal się ślizga. A laski z tyłu, nieświadome,  obalają butlę, tę pękatą. I nadal szczebiocą, podają mi szczupłe dłonie przez zagłówek, gdy staję na światłach:

-Ja  Irina.

– A ja Masza.

Są jak wróblice na wypasie. Trzy panny, trzy siostry. Kurwa, Czechow. Nie ma żartów przy Czechowie.

Zanim wysiądą z wozu jeszcze biorą mój numer. Że może je odwiozę, do domu. Aha może i morze.

Łapię przy tym trzy przelotne buziaki w policzek, wszystkie w ten sam, prawy.

Od ust. Olgi, Maszy, Iriny.

Od trzech sióstr.

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider