Anna i łoś

 

Warszawa od zachodniej strony kończy się dość nagle, odcięta nitką trasy S8 jak rzeźnickim nożem. Szpetne ekrany przesłaniają nowo wybudowane  blokowiska na dalekim Bemowie, po drugiej stronie trasy adresy już nie warszawskie, zabudowa głównie jednorodzinna. Blizne, Latchorzew, Babice. Trochę dalej Klaudyn i już puszcza. A w niej bagna, harcerze w namiotach plus latem komary, to na pewno. I żbiki i rysie, to podobno, bo kto tam widział żbika. Są tam też w puszczy i łosie. Te akurat dostrzec nietrudno.*

Wracam spod Klaudyna, czyli prawie z tej puszczy. Jadę po nocy, na budziku w kijawce krótko po pierwszej. Biję w pobocze długimi światłami na zakrętach, w każdym krzaku wypatruję łosia. Spotkanie z nim nie zabawa, wiadomo. I nie chodzi o to, że wygłodzony po zimie, po prostu wielkie bydlę, pół tony masy mięśni. I kości. I rogów – tfu! – łopat, o ile samiec się trafi. Jadę ostrożnie zatem.

Nagle ‚Ting-ting’ – wpada zlecenie. Tu, w tej głuszy? O tej porze? Potwierdzam, biorę. Stąd tylko do miasta być może. Do cywilizacji. Zamawia Anna, trzy kilometry stąd, w Latchorzewie. Po chwili zajeżdżam pod jednorodzinny, w bocznej nieutwardzonej uliczce, prawie tonę w błocie wykręcając na trzy. Nic to, może mają tam łosie, trzymają w szopie za domem i mnie wyciągną jak by co tymi łosiami. Łoś na błoto, w wiosennych roztopach przydatna sprawa.

Wrzucam awaryjne, czekam na Annę. Trochę zazdrośnie obczajam fury na podjeździe, moja kijawka jak z innej planety przy nich. Beta siódemka i druga, iks-szóstka. Obie czarne. Szóstka to na dojazd, domyślam, do siódemki. Tylko po to, żeby ten nieutwardzony kawałek przejechać, bo faktycznie grząsko. Tylko czemu czarna? Na czarnym każdy smark widać. Co dopiero te wokółpuszczańskie błota. Złota praktyczniejsza by była, tak myślę. Mniej brud widać i bardziej pod kolumienki by podeszła, na ganku. Też złocone.

Jakiś ruch w domu, światło na ganku się zapala, po chwili Anna wychodzi. Jest nie sama, przy niej jakiś typ, wysoki, dość młody. Nawet gówniarz, oceniam przy bliższym. Otwiera lasce furtkę, puszcza przodem z takim szarmanckim zawijasem dłonią, staroszlacheckim pół-ukłonem. Potem podprowadza do auta, zatrzymuje nagłym szarpnięciem, obraca w swoją stronę, chwyta. Panna ulega, twarz do twarzy, jego prawa schodzi na dół, pomiędzy dżinsowe pośladki Anny, zatrzymuje tam, wwierca.

Trwa to niezłą chwilę, potem Anna odrywa się od twarzy kolesia, odpina jego dłoń z tyłka. Łapie ziemię, generalnie.

– Naprawdę, muszę już uciekać, Tomek. – mówi, szukając oddechu – To co, we wtorek? Tam, gdzie zawsze.

– Acha, tam gdzie zawsze – odpowiada Tomek. Odwraca się i znika za furtką.

Takie #tytostaradupa jesteś robi. Oglądało się Lindę, oj tak. Zaraz opony mi poprzestrzela takim maczo geście, najlepiej z pół przysiadu. I zostanę tu forever. A zresztą, chuj z oponami, zaraz na letnie zmieniam i tak.

Nic takiego się nie dzieje, na szczęście. Po prostu panna wsiada na tylne, ja ruszam. I już. Kurs na Siedmiogrodzką, niedaleko do domu będę miał. W sumie fajnie trafiłem. Wygrzebuję się z tych błot, ruszamy w stronę miasta. Podgłaśniam muzę, żeby miło nam się jechało.

 

Kątem oka dostrzegam we wstecznym,  jak Anna wyciąga z torebki zestawy ku upiększaniu. Najpierw poprawia usta, potem oczy. Tymi wszystkimi narzędziami, co wiecie. Ślady niedawnych pocałunków i dawnych zmarszczek przykrywa. Lauryn śpiewa, już Wolska. Kolejny kawałek. Chyba jest starsza niż myślałem, oceniam bezwiednie. Czterdziestka jak nic. Ehh, na starej piczy… – dość stereotypów, Paweł, zazdrościsz i tyle. Skupiam się na muzie. I prowadzeniu.

Jesteśmy prawie pod adresem. Nagle dzwoni komórka. Nie moja, to u Anny.

– Pan przyciszy radio – mówi do mnie, zanim odbierze. Mówi cienkim głosem, prawie krzyczy.  Gestem każe mi się zatrzymać

Okej, posłusznie przyciszam, zatrzymuję auto.

Laska robi takie aktorskie: ‚chrząk-chrząk’. I totalnie zmienia ton, gdy odbiera telefon. Teraz ma taki aksamitny, gdy mówi:

– Tak, tak misiaczku, już wracam, tak jestem w taksówce. Za pięć minut. Jajeczko firmowe trochę się przedłużuło, zagadałam się z Marysią, sam wiesz – słyszę odpowiedź Anny w telefon. Cieplisto-kołderkowym głosem. Sam bym się przytulił.

Ja się rozmarzam, Anna tymczasem:

– Mrrr. Zaraz będę. Agatkę wykąpałeś? Już śpi? Aha… No to… mamy czas dla siebie, misiaczku. Paaa, paaapatki! Zaraz jestem, szykuuuuj się…  – odkłada telefon z powrotem do torebki.

I do mnie, wraca ten ostry ton.

– Pan się zatrzyma, nie pod adresem, ale 500 metrów przed. Muszę jeszcze zajarać, zanim wrócę – nagle uśmiecha się przez wsteczne, łapie mój wzrok. – Pan rozumie, prawda?

– Tak jest, pani Anno, rozumiem. Normalna sprawa – odpowiadam.

Przez chwilę wlampiam się, jak już wysiądzie. Najpierw na jej tyłek, potem jak zaciąga się szlugiem, głęboko.

I jak gasi niedopałek czubkiem buta i idzie w stronę klatki schodowej.

Do misiaczka.

____________

 

* A jednak wcale nie łatwo dostrzec łosia. Kiedyś, wiele lat temu wybrałem się na poszukiwanie łosia. Było to pod Goniądzem, rezerwat – chyba – Czerwone Bagna. Trzy dni wstawałem przed świtem, gnałem na jakieś łąki jebane, żeby spotkać. I nic. Tylko komary mnie gryzły, trochę formy załapałem od tego chodzenia po bagnach. Czwartego dnia szur-szur w szuwarach, wreszcie sukces.

Jest łoś. I tyle.

źródło zdjęcia: koło łowieckie nr 22 ‚Łoś’

(Visited 1 042 times, 1 visits today)

2 thoughts on “Anna i łoś”

  1. Magda says:

    Smutne. Ja nie rozumiem, ale może jeszcze za młoda jestem i za mało przeżyłam, żeby zrozumieć.

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Przepiękne. Niech Pani taka zostanie. Za młoda.

      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider