Okruchy nocy

Poniedziałkowy świt to taka dziwna pora, trochę eklektyczna. Wszystko się wtedy miesza. Weekend z tygodniem, dzień z nocą. Ci pędzący do pracy, w garniakach, z tymi co wracają z dwudniowych imprez. Wymiętolonymi w opór.

Wśród tych ostatnich  jest i Łukasz. Słania się na nogach przy skrzyżowaniu Jerozolimskich z Emilii Plater, pod Marriottem. Macha do mnie, jakby co najmniej Andżelinę zobaczył.

Dżoli Andżelinę. Bądź inną dodę.

Hamuję, wrzucam awaryjne, wpuszczam Łukasza do wozu. Wsiada nie bez trudu.

– Kurwa, jak widno – rzuca na powitanie.

– To prawda. Dość widno – potwierdzam. I odsuwam mu przedni fotel, bo kolanami trze o kokpit. Potem dodaję, patrząc na zegar w kijawce – kwadrans do szóstej, musi być widno.

#klientmazawszerację

–  O żesz. Ja na siódmą do roboty. – W głosie Łukasza wyczuwam autentyczne przerażenie. Choć mówi niezbyt wyraźnie, słowa cedzi jak makaron przez durszlak.*

To pewnie wina tej wczesnej pory, tak sądzę. Sam ziewam na potęgę. Dobrze, że miasto puste o tej porze, tnę Jana Pawła na zielonej fali równo, przecinam Świętokrzyską i dalej, lecę na północ, w stronę Rydygiera. Tam mieszka Łukasz.

Może muza mnie dobudzi, tak, tak tamagotchi. Skąd wiedzieliście. Pogłaśniam.

 

Łukasz tymczasem kontynuuje swoje narzekactwo.

– Jak widno, ja jebię. Normalnie nie dam rady – I chowa głowę w dłoniach.

Trochę mi go żal, bardziej nie żal. Bywało się, balowało. Znam sprawę, wątroba młoda, do wtorku się po weekendzie odkuje. A najdalej już do środy. Będzie nówka, nieśmigana. Więc doradzam:

– Elcztery, panie Łukaszu, takie na żądanie – mówię – Jedyna rada. Pan zadzwoni do firmy.

Koleś rozważa pomysł, chwilę to trwa wyraźnie. I zaraz zgłasza obiekcje, no sceptyk jakiś normalnie. Tym cedzakowo-durszlakowym głosem bełkoce do mnie.

– No tak, tylko jak ja zadzwonię. Od razu kadrowa pozna, że najebany jestem – stęka, głowa nadal w dłoniach.

Eh, młody widać. I jakoś mam sympatię, może dlatego, że nie rzyga. Więc tatusiuję dalej:

– Na brzozę pan zwali, panie Łukaszu. Teraz brzozy pylą, wszystko na brzozę można zwalić. Nawet tupolewa.

Mijamy rondo tam przy Arkadii, Łukasz wyraźnie obczaja mój pomysł. W końcu prostuje się, przeciąga i mówi do mnie. Tym razem wyraźnie:

– Dobra, walnę setkę na obudzenie, jakoś dotrwam do siódmej. Telefon do biura, że brzoza pyli i na żądanie. Potem trzy buchy i spać. Aż do wtorku – woła do mnie. I dodaje – Pan się zatrzyma, tu przy żabce. Już otwarte, flaszeczkę muszę kupić.

Po chwili wychodzi ze sklepu, W prawej flaszka, w lewej puszka. Wsiada, podaje mi energetyka.

– To dla pana – mówi. I jeszcze – dzięki.

Już jest radosny, już ma plan. Bo i to najważniejsze w poniedziałkowe rano.

Mieć plan.

______________

*durszlak. Ładne słowo.

Wasser weg, kluski zurück.

zdjęcie durszlaka z: pelnykosz.pl

 

(Visited 598 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider