Robert i Robert

 

Krótko po 20stej we wtorkowy wieczór podjeżdżam pod wypasioną lampionami knajpę przy Szopena. Asfalt ulic już prawie dosechł po niedawnej burzy, teraz szybko paruje, oddaje nagromadzone ciepło wiosennego dnia. Miasto wokół pachnie, wszytko aż krzyczy tą nagle nastałą wiosną. Rwie się do tańca, rwie się do życia.

Szyby w kijawce mam otwarte w taką pogodę, klimy nie używam wcale. Jeżdżę na zimny łokieć, chłonę zapachy, ciepły wieczór, nasiąkam nimi jak gąbka. Ładuję baterie.

Staję, wrzucam awaryjne, czekam spokojnie na pasażera, tam tuż przy skwerze, obok sądy. Czarna muza gra w aucie, gra w mojej duszy.

 

‚Single life, I am living a single lifeeee…’ – drę się niemiłosiernie. Biję łapami o kierownicę, na tym postoju.

Jakieś dziewczyny, wpół-prawie-w-negliżu -ach, ta wiosna!-  przechodzą tuż przed maską, zagadują. Że fajne rytmy. Odpowiadam coś do nich, one śmieją się srebrzyście, potem odchodzą na dalsze balety. Kurwa, mógłbym tak i wiecznie. Tu być. Tu i nigdzie indziej.

Po chwili nadchodzi mój pasażer, Robert.

Przyciszam audio, gdy wsiada do auta. Odpalam kurs, jest niedaleko, na Przasnyską. Żoliborz. Ruszamy.

–  Niech pan zostawi tę muzę – mówi Robert – Bo fajnie grają.

Okej, już mi pasuje. Wjeżdżam w Aleje, potem myk w prawo w Książęcą na dół. I dalej Wisłostradą do Sanguszki.

– Przez Wisłostradę polecimy, panie Robercie – uprzedazm klienta – trochę dalej kilometrowo będzie, za to szybciej niż przez te wszystkie światła.

– Jak dla mnie nie ma problemu – mówi Robert. Tak też tniemy.

Po drodze Robert opowiada mi story swoich ostatnich kilku dni. O tym jak pracował na kuchni, w tej knajpie skąd go zgarnąłem, ostatnie lat kilka. Że fajny czas był i kogo-on-tam nie obsługiwał. Że i Doda nie z majdanem i że inni też byli. Wielki świat się bawił. Że ten świat się skurczył -i to znacznie- gdy Robert kwity pod kredyt potrzebował. Bo poznał dziewczynę i chciał na swoje. Właściciel knajpy, menedżejro, jasno postawił warunki. Chcesz kwit, płać za kwit. Tysiąc-osiemset. Co miesiąc. Na zusy. A jak nie, to wypierdalaj. Siedmiu ukraińców już czeka na twoje miejsce.

I Robert właśnie dzisiaj wypierdolił, w ten wtorkowy wieczór. Ma szansę na Wiśle, zaraz otworzą bary, przed majówką. 28-go dokładnie. Do tego czasu posiedzi w chacie, w końcu obejrzy narcos, ma dwa sezony zaległe. Może go tam zatrudnią, na Wiśle, a może i nie. Najwyżej pod most pójdzie, albo do centrum. W końcu ciepły sezon nadchodzi, do zimy ogarnie.

– A chuj z tym – śmieje się Robert na koniec.

I tu się z nim zgadzam.

Już prawie dojeżdżamy na Przasnyską. Robert brzęczy monetami w kieszeni, znam ten dźwięk. Słyszę mimo otwartych na oścież szyb w kijawce. Gry parkuję pod blokiem podaje mi piątaka przez zagłówek.

– To dla pana, napiwek – mówi. I dodaje usprawiedlawijąc – więcej nie mam, sorry. Na Amrita muszę skoczyć.

– Dziękuję, panie Robercie. I szczęścia życzę- żegnam go szczerze.

Super gość.

***

Jakoś los tak czasem życiem kręci, że płata figle. Że się z nas śmieje, że daje do myślenia.Prawem serii gra brutalnie. Czy przez przypadek, czy to Bóg, jeśli jest, skoro jest, to woła. Na przykład tak.

Dość powiedzieć, że tej samej nocy, kilka godzin później znów jestem na Szopena. Ta sama knajpa, inny czas. Dochodzi północ, asfalt już dawno wysechł, ciut mniej piękna noc. I znów zamawia Robert. I znów czekam. W tym samym miejscu, pod tą samą knajpą.

Po chwili wytacza się mój pasażer, Robert. Tym razem jest w garniturze, nie w tiszercie. Krawat macha mu wokół brzucha tak zawadiacko. Jak pijany wąż, tak śmiesznie. Omal się nie wyjebuje, gdy wreszcie trafia w drzwi kijawki, te tylne.

Przyciszam audio, gdy wsiada do auta. Odpalam kurs, jest niedaleko, na Przasnyską. Żoliborz. Ruszamy.

–  Niech pan wyjebie tę muzę – bełkoce  Robert – Chujowo grają. Wrzuć pan eskę, albo co.

Okej, już mi gość podpada, a niech tam. Wrzucam eskę, mam przygotowaną na takie sprawy. Akurat Rihana, skąd wiedzieliście. Uszy puchną, nic to, jedziemy.. Wjeżdżam w Aleje, potem myk w prawo w Książęcą na dół. I dalej Wisłostradą do Sanguszki.

– Przez Wisłostradę chuju wieziesz? –  pyta Robert, dość bełkotliwie . Właśnie czknął. I się okcnął. Właśnie.

– Przez miasto jedziemy, kurwa – krzyczy Robert – na rondzie dawaj w lewo. Tak też tniemy.

Po drodze Robert opowiada mi story swoich ostatnich kilku dni. O tym jakumówił się na bardzo ważne spotkanie, w tej knajpie skąd go zgarnąłem, Że ostatnie lat kilka na takie spotkanie czekał. Że kumpel, ten z ministerstwa, nawet fajny  był i kogo-on-tam nie spotkał w tej knajpie. Że i Doda nie z majdanem i że inni też byli. Wielki świat się bawił. Że ten świat się skurczył -i to znacznie- gdy Robert kwity pod inwestycję potrzebował. Bo poznał Ruskich  i zwietrzył, co trzeba. A Sieriożka postawił mocne warunki. Chceszz kasę, płać za kasę. Tysiąc-osiemset. Razy sześć zer. Tu i teraz. Na ochronu. A jak nie, to wypierdalaj. Siedmiu innych polaczków już czeka na twoje miejsce.

I Robert właśnie dzisiaj wypierdolił z tej drogiej resto, nie płacąc za turbota., Tu, w ten wtorkowy wieczór. Ma szansę na Wiśle, zaraz otworzą miejsca, deweloperka wszak kwitnie. Tu w Warszawie.  Do tego czasu posiedzi w chacie, w końcu obejrzy narcos, ma dwa sezony zaległe. Może tam złapie jakiś grunt, przy Wiśle, a może i nie. Najwyżej w deweloperkę pójdzie, albo do centrum. W końcu ciepły sezon nadchodzi, i dużo napływowców też.

– A chuj z tym – śmieje się Robert na koniec.

Potem wychodzi, też na Przasnyskiej. Tylko bloki inne, bardziej strzeżone dziadkochorną. Zawija krawat, wychodząc, przez ramię.

Jest skończonym chujem, tak myślę.

Jakoś sobie poradzi.

 

(Visited 484 times, 1 visits today)

3 thoughts on “Robert i Robert”

  1. fredzik says:

    niesamowita zbieżność

    1. Lechu says:

      Zupełnie przypadkowa. Z pewnością.

      1. fredzik says:

        ale i tak niesamowita 🙂

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider