Opowieści z ramki. W stronę plaży

 

Wychodzę na ulicę, tam pod orlenem. Radzymin, droga powrotna do centrum, trzecia nad ranem, tu i teraz. Ramka szlugów grozi srogim rakiem, wystarczy napisy poczytać, bo ogólnie ciemnomroczy ten obrazek. I proroczy, to mnie czeka.

Ciemność.

Mnie czeka.

A sam obrazek, jak to obrazek na ramce. Odstraszający. Z tym, że ten do tegociemncy. Ni chuja nic nie widać na nim. Mrok.

#dodajegrozy

Za to napis na tej ramce, sam kozak:

PALENIE ZWIĘKSZA RYZYKO UTRATY WZROKU

No i pięknie. Zaraz Łysek, ten z pokładu.

Coś tam jeszcze widzę, dostrzegam zanim już totalnie odjadę. Zatem sztacham się mocno, pod same gałki. Słodki dym wypełnia mi płuca…

Bo tam też. I też. Tam żyje się całkiem inaczej niż tu. I nawet nie chodzi tu o Chrystusa, który z posągu nad wzgórzem okala całe miasto wszechwładnymi ramionami. Tu bardziej chodzi o zapach. Wszechwładny zapach bukszpanu, liści laurowych, stęchłego moczu gdzieś w bramach. I potu. Tego skisłego, zewsząd ogarniającego smrodu potu.

Wychodzę na ulicę, dłużej tego smrodu nie zniosę. Czy to ja tak śmierdzę spocony, czy inni, Nieważne, śmierdzimy wszyscy. Jak to miasto, nagle wyległe. jak całe Rio o tej porze. Nie poddaję się.

Wąską uliczką idę w stronę plaży. Copa Cabana, copa jebana. Wbijam zęby w owoc. Nawet nie wiem jaki, ktoś mi go podał na ulicy. Słodki sok spływa mi po twarzy, leje się w dół na koszulkę. Ocieram usta wierzchem dłoni. Wgryzam się dalej. W owoc, w smak, w zapach miasta.

Do plaży jest całkiem daleko, dobry kawałek. Zanim tam dojdę pot zdąży się wbić pod moje ramie, wyszarpać co jego spod koszulki. Kwadrans temu brałem prysznic, a śmierdzę coraz bardziej.

Podchodzi dziewczynka, taka mała, lat najwyżej dziesięć.  Kosz bananów ma na głowie, normalnie tam go niesie. Na głowie.

– Oi, você quer uma banana? – krzyczy do mnie.

Nawet nie wiem, jak się to tłumaczy, czy dobrze zapisałem.

– Nie, nie, no, no – odgarniam ją wierzchem dłoni, jak muchę. Idę dalej. Dziewczynka nie nalega, łapie innego.

Cała koszulka już zlepiona od potu, dalej już nie dojdę. Zamawiam zimny sok przy straganie po drodze. Sok z owoców agawy, są kolczaste. Trzeba najpierw je rozkroić ostrym nożem, na pół zanim sok się wyciśnie.  Inaczej milion drobnych igiełek wbije się w dłoń. Ciemnoskóry przy prowizorycznej ladzie, takiej z palet, daje radę.

Zimny stalowy nóż, krótkie cięcie. Wyciska szklankę zimnego soku w plastikową szklankę, najpierw napełnia ją lodem z kubełka pod ladą. Podaje mi z uśmiechem. Białe zęby, czarna twarz.

Najpierw wysysam lód z wody, potem agawa. Choć wyciśnięta, to ma takie włókniste cząstki, ciężko się do niej dobrać.

Męczę się z agawą, wypluwam resztki na ulicę. I idę dalej.

W stronę plaży.

(Visited 357 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider