Żabka

 

Wylaszczona i skąpo odziana Karin wsiada na Smolnej. Jest z nią typ, taki mocno przyklejaszczy, dżidżi amorozo, szarmancik, co sami wiecie. I w mankiet buchnie, koszyk róż na pierwszą randkę przyniesie. Bezdomnego psa pogłaszcze, żebrakowi rzuci pięć dych a i złamaną nóżkę gołąbka sklei skoczem, jak trzeba.

Zaraz po wejściu koleś startuje w mizianko, Karin odwdzięcza. Coś tam do siebie mruczą z tyłu, bardziej cmokanie i mlaski odchodzą. Jakieś ślurpanie z tyłu.

Raczej niedługo się znają, tak sądzę. Bo do panny zwraca się nie imieniem, bardziej tak odzwierzęco. Kotki, rybki, te sprawy. Pół zoo wymienia mówiąc do niej, dopiero pod palmą na degola jesteśmy. Wiadomo, tak bezpieczniej niż pomylić imię, wtedy wtopa. Omija też słonie, hipopotamy w tym zwierzyńcu, nie dziwne. Wtedy też wtopa.

#profesjonalista.

Więc mizia tę pannę na tylnym auriski, a ona jego. Szyby przyciemnione tam w opór, zatem i klimat jest. Bajkowo. Przełączam radio na chilli zet, dla podkręcenia. I żeby dobrze się miziało. Akurat Aretha leci, czyli w sam raz. Do miziania. Eh, sam bym…

#nieważne.

Za niedługo jesteśmy na Jerozolimskich, gdzieś przy zachodnim, plus minus. Karin chwiilowo łapie oddech, wyrywa się z objęć szarmancika. We wstecznym widzę, jak odsuwa się za mój fotel. Chyba poprawia podwiniętą kieckę, na pewno też cycki, to widzę jak zasłania biust.

I łapie moje spojrzenie w tym wstecznym, mówiąc:

– Zmiana kursu, panie kierowco, jedziemy na Woronicza. Wracam do domu.

– Jak to, na Woronicza? Kotku… Miało być do mnie… – amorozo jest wyraźnie zbity z tropu, pełna zaskoczka u niego – Pan jedzie na Ursus, pan jej nie słucha.

– To gdzie mam jechać? – pytam, nieco zdezorientowany. Choć finał znam.

– Na Ursus!  Na Woronicza!

Pada dwugłosem, jednocześnie. Odbijam w lewo, w Bitwy Warszawskiej w stronę Mokotowa. Bo finał znam.

–  Wracam do domu. – Karin stawia na stanowczą nutę. Kiecka, cycki ogarnięte, czas na włosy. Zwichrzone burzą palców Sławka. I dodaje – Nie jestem taka jak myślisz, Sławek. Zbyt krótko się znamy.

–  Ej, myślę, że jesteś piękna, żabko… – koleś jeszcze stara się uratować, słabo mu to wychodzi.

– Aha. I że łatwa. Nie mydl oczu, Sławek. A żabkę to wsadź sobie w dupę, najlepiej. Na Woronicza panie Pawle. Potem sobie pojedziesz dalej – mówi Karin. I dodaje – na mój koszt.

Dalszą drogę jedziemy w milczeniu. Karin nadal się ogarnia, Sławek milczy. Tylko krtań mu gra, chodzi w dół i w górę. Zagryza zęby. Najwyraźniej kontempluje tę żabkę w dupie, bo i jak. Że żabka? Że w dupie? Zagwozdka, widać.

Na rogu Bitwy Warszawskiej z Grójecką łapie nas czerwone. I wtedy Sławek nie wytrzymuje. Bez uprzedzenia otwiera drzwi, wysiada z wozu.

– Aaaa, wal się ty, ty, ty… jaszczurko! – krzyczy na odchodne. I jeb! drzwiami, auriska aż jęk robi.

Potem odbiega, jeszcze coś krzyczy, wymachuje ramionami. Dość dramatycznie to wygląda.

Nieważne, właśnie zielone, ruszamy. Matura z biologii na szóstkę dla Sławka, normalnie.

Widzę we wstecznym, jak Karin się śmieje, ja zresztą też.

Dżidżi amorozo.

________________

Zatem wszyscy razem:

(Visited 802 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider