7:59

 

Dobijam powoli do domu w ten środowy ranek. Słońce na niebie, korki już w mieście że pożal się, ostatnie godziny też były trudne. Nasze orły z czarnymi grały i przejebały parę godzin temu. A naród te smutki litrami browaru podlewał, zwłaszcza że noc krótka i ciepła, dziś nad Wisłą. Urąbany jestem jak Łysek po poczwórnej szychcie, ten z pokładu Idy, tyle samo też widzę na oczy. Nosem kierownicę podpieram, chujem biegi przerzucam* na kolejnych światłach. Ponad 300 kilometrów przewaliłem tej jednej nocy, byłem chyba wszędzie. Od Nadarzyna do Konstancina. Przez Legionowo najlepiej. Czyste wariactwo, auriska równie zjebana jak ja.

Prawie zajeżdżam na Mirów, gdy wpada zlecenie. Bardziej machinalnie przyjmuję niż celowo, widać zmęczenie, klasik. Zamawia Felix, jest na Miodowej, niecały kilometr ode mnie.

I mam dylemat, bo z jednej strony chata i wyro, z drugiej Felix i mnożnik razy dwa na tym kursie. Zrzucić go, czy nie. Tak czy nie, tak…

Zawieszam się w tym dumaniu. Przecieram oczy, szkła-kontakty uwierają, pod oczami sam piasek, plaże rijodeżanejro. Nie pomaga, przecieram jeszcze raz. Nadal widzę plażę. Nadal na niej jestem…

Fatalnie, fatalnie, fatalnie.

.

..

<Beeeeep> <Beeeeeep> wyrywa mnie ze snu na tej zawieszce, na światłach przy Anielewicza. Okej, okej. Budzę się momentalnie, macham przepraszająco przez tylną szybę, kierowca suva za mną poczciwie akceptuje, czyli fajtu nie będzie. Jedynka, skręcam w Andersa. Dwójka*, Polacy nic się nie stało.

I jadę po Felixa.

#żądzapieniądza, jednak wygrywa.

Po chwili jestem na Miodowej.

Gość, mocno spocony, już czeka. Jest mocno wczorajszy, widzę to jeszcze zanim poczuję. A poczuję na potęgę, gdy wsiądzie. Plecak wwala beztrosko na tylną kanapę, bez pytania otwiera drzwi auriski. Potem wrzuca i siebie, na przednie. Odpalam kurs, Bielany, Nocznickiego. Polski Bus, kurwa już nie wiem, czy z bocianem teraz, czy bardziej zielony. Grunt, że dworzec. Mija siódma-pięćdziesiąt-trzy.

– Tszczceśszzćc – mówi Felix. I wionie alkoholem.

– Tszczceśszzćc, Felix – odpowiadam, I nie wionę.

– Na polskubus. Kamon. Sibka – mówi Felix. Potem dodaje, dla zachęty – Mam dzzziesiec jewro tipa, jak zdiooonzimy. Na wasmoj, znaci usma – poprawia się.

#nokurwamistrzu – myślę. W siedem minut na Bielany, w szczycie. I odpowiadam:

– No kurwa mistrzu, Felix.

– Aha, Zapierdalaj – odpowiada mój pasażer, rzeczowo. Coś tam się w Polsce nauczył.

Więc zapierdalam. Dziesięć euro lśni w wyobraźni jak całe złoto spod Wałbrzycha. Tnę mocno przez Podwale, auriska aż jęczy na kocich łbach tam. Ulica Długa-krótka-długa, potem na światłach w prawo, w Andersa. O, tu dopiero zadziałam.

Koło pałacu Mostowskich wymijam eko-autobus, włącza się do ruchu spod kina Muranów. Jebię to, już jestem na przeciwległym. Niby że skręcam w Nowolipki, a może i skręcę. Jednak nie, wracam na prawy pas. Cudem unikam czołówki z rozklekotaną audicą co leci od strony Żoliborza. Feliks aż wzdycha z zachwytu. Gnamy dalej.

Taki speeeeeeeed. Przyda się.

Na zegarze w aurisce siódma pięćdziesiąt osiem, my przy placu Wilsona. Tam zawsze czerwone.

– Ci źdanźimii? – pyta Felix, dość retorycznie.

– Ni chuja, Felix, nie źdanźimiii – odpowiadam, jak wcześniej.

I ruszam z gwizdem spod świateł.

7:59

________________

* Racja, nie mam biegów w aurisie, tak po prawdzie. Auto jest w automacie. Więc chujem biegów nie przerzucam.

Za to dziesięcioeurówka od Felixa jest autentyk.

foto: Paweł Grott

 

 

 

 

(Visited 346 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider