Król Artur ma dość

 

Artur jest królem nocy. Księciem imprez, cesarzem balang, wypraw po złote runo, szaleństw po białe rano. A rano właśnie tuż, tuż. Dochodzi piąta, nad Wisłą już dnieje. Późno-sierpniowy wschód słońca rozświetla cały ten syf na bulwarach, te wszystkie butelki, rzygi i krew, ociepla świeżą jaskrawością pierwszych promieni, dopiero co uwolnionych znad podwójnych wieżyczek praskiej katedry. Do tego bryza, krzyk rybitw, krzyk mew, co karmią się całym tym pozostawionym bajzlem, teraz nad ranem mało niepokojone, mają wyżerkę białe anioły śmierci, ostrodziobe.

Czystością, optymizmem wieje jakimś, że kurwa mać. Zamyślam się moment, potem jadę ogarnąć Artura. Właśnie wpadło zlecenie.

I tak, dość zmęczony Artur, trafia na mój pokład. Wpada tam z całym impetem długonocnych baletów, grunt że bez zbroi i konia. Tych bym w aurisce nie zmieścił. A tym bardziej już mentalnie bym nie zniósł. Szczęśliwie jest sam.Koń i zbroja zostały na bulwarach, wśród mew.

– Rydydygygdydy, mistrzu – coś tam bełkoce Artur z tylnej kanapy zaraz po wejściu.

Kurwa, o co kamon. Na żadne rydygydy, już zwłaszcza z Arturem się nie piszę.

– Że co? – dopytuję sceptycznie, patrzę na gościa przez tylne lusterko. Wzrok ma mętny, ucieka gdzieś w stronę okna.

I tak nieważne, w apce mam odpowiedź, sprawdzam adres. Kurs na Rydygiera, bliski Żoliborz, o to Arurowi na myśli. Czyli takie rydygydy. Okej, takie zdzierżę. Ruszamy, przez Wisłostradę na północ.

– Ooo, mam dość – bełkoce mój pasażer z tyłu po dobrej chwili.

Elektrycznie reaguję, patrzę w lusterko. Sprawdzam, czy czasem rzygał nie będzie. Raczej nie, choć i tak nie wiadomo. Może i blurpnie znienacka. Na wszelki wypadek zwalniam.

Chyba nie o to chodziło Arturowi. Zatem dopytuję.

– A czego ma pan dość, panie Arturze? – pytam każualowo, ot tak, zmieniając pasy.

– Aaa, ehhh, panie Pawle – odpowiada Artur. I milknie. Tym razem na dobre, nie drążę.

Skręcamy z Wisłostrady w lewo, w Sanguszki. Potem Andersa, Zajączka, parę równorzędnych i jesteśmy na Rydygiera.

Artur wysiada, ja zawracam, po kolejnych najebusów.

Ot, noc jak co noc.

_________

* Rydygier, Ludwik. Człowiek, żołnierz, patriota i lekarz. Zasłynął głównie jako ten ostatni. Niebagatelnie wykazał się w zakresie chirurgii. Rżnął równo, zwłaszcza facetów, zwłaszcza od dołu. Od żołądka aż po jajca. Wszystko elegancko. Nowatorskim sposobem, zgrabnym cięciem. Rach-ciach.

A oto i on. Ludwik Rydygier w pędzlu Wyczółkowskiego.

fota z wiki

Trochę znachor, trochę Mojżesz, tak wygląda.

Albo ja tak mam.

 

 

 

 

 

 

 

 

(Visited 430 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider