Auriska Noego

 

 …Po wielu latach Bóg spojrzał znów na ziemię i stwierdził, że się bardzo źle dzieje. Ludzie byli zepsuci i skłonni do przemocy, więc postanowił znów zesłać potop…

***

Lato urwało się jakoś w tym roku dość nagle. Od kwietnia było ciepło, gorąco, a tu nagle wcale nie jest, jest zimno, taka zaskoczka. Do tego wieje dość mocno. Lato minęło, było, przeszło, oddech kurczaka. Jak zerwana kartka z kalendarza. Tego na gwoździu nad kuchennym blatem, znacie to. Na akcydensowym, tanim papierze wydanym, duże czarne cyfry, w niedzielę i w święta czerwone. Pod datą solenizanci wypisani, drobniejszym drukiem, kursywą. Joachim i Honorata. Wiktoria, Gwidon i Ksawery. Myszon. Calineczka i Żywia. Tak urwało się lato.

Nie znam żadnego Gwidona, niestety.  Gwidon to bardziej taki bidon, jak dla mnie. No, może ciut  lepszy bidon,bo niemiecki. Bidon z gwintem, Gwidon. Aus dojczland. Wiadomo.

A na świętego Hipolita korzeń twardy jak pyta.

#nieprawda.

Zasępiam się, zastępczo, nad tą nagłą jesienią i nad kalendarzem, zastępczo.

A tam, na zewnątrz wiatr nadal hula. W sumie co by miał nie hulać, skoro wolno mu. Hula za darmo. Wywiewa brud z Marszałkowskiej, kurz, pierwsze opadłe liście. I ludzi. Takie wiry tworzy, mini-trąby, zadymki. Aha, no i deszczem lać zaczyna. Czyli jesienny komplecik mamy.

Pod rachityczną lipą widzę parę, przez zaciąg wycieraczek. Trzymają się rachitycznego pieńka oburącz, jak masztu. Wiatr ich prawie porywa, dzielnie się trzymają, choć pewnie niedługo. Ot, moi kolejni klienci, adres odbioru się zgadza. Gwidon i Żywia, powiedzmy.

Podjeżdżam pod tę idylliczną scenkę, pod nędzną lipę przy Marszałkowskiej. Ja, jesienny anioł zbawienia na zdartych oponach, na slikach.  Ci ucieszeni, jakbym przynajmniej arką podjechał, Noego. Dobra, jest okej. Jeszcze parkę żyraf zgarniemy spod pałacu, tam wyżej, dawaj Paweł, nie ograniczaj się. Hipopotamy i rybki, może takie neo, kilka żółwi i już, gotowe, myślę. Ku zbawieniu. Ruszaj arko, tfu, aurisko. Ośmiornico, zawijaj macki, nie przez szybę, nie w tej chwili. Otwórz jakiś słoik lepiej. Może korniszony trafisz, dołączę się.

Laf-flaf wsiadają. On jej otwiera, ona myk. W bezpieczne. Kurs na Racławicką, w sumie trzy kroki, mocniejszy rzut beretem. Obciążonym. A tu z tyłu się zaczyna napierdalanka.

– To wszystko twoja wina, Gwidon, zawsze reagujesz agresją – zaczyna Żywia, gdy już wytrzepie jesienne liście z płowo-blond włosów.

Przez chwilę cisza w aucie. Potem Gwidon odpowiada. Dość bezpiecznie, oceniam zza kierownicy, z dystansu zagłówków:

– Ja, agresją?  Nieprawda. Chciałem cię chronić, tyle. – zaprzecza Gwidon.

Jednak pudło. Widać marnie oceniłem.

– Coooo? – rozkręca się Żywia – Mnie??? A co, ja jakaś lalka jestem, niedźwiadek panda??? Że trzeba mnie chronić???

No tak, w sumie pytanie retoryczne, na pandę raczej dziewczę nie wygląda. Bardziej na wielbłądzicę. Taką dwugarbną. Z przodu-garbną zwłaszcza.

A Gwidon chwilę milczy, przełyka celną ripostę panny. Plus rozkminia całą sytuację, wyraźnie.

Patrzy się na mnie przez lustro, szuka wsparcia wyraźnie. Ja nic nie wiem, mnie tam nie było. Skręcam w Noakowskiego, do Racławickiej najwyżej pięć minut drogi. Mam dość tych nędznych lawstory. Szczególnie przy mocnym witrze, jak teraz.

Gwidon jednak nie ma dość.

– Rybko, nie martw się, nie płacz. Ja wszystko ogarnę – próbuje po chwili, pojednawyczym tonem, tak sądzę.

Chuj tam, nic nie wskóra, wręcz pogarsza całą akcję.

– Cooo? Że ty ogarniesz?? Że ja jakaś gorsza??? – wrzeszczy panna. I teraz dopiero jest: Buuuu!!!! I siedem fontann łez. I wrzask. I pisk. I  jesienny armagedon za szybą też może najwyżej w buty.

Ja pierdolę. Gwidon, trzymaj się. Zakrętki zbieraj, ogarnij chłopaku. Szczerze mu kibicuję, zza zagłówka.

Podjeżdżam pod Racławicką, adres docelowy, zatrzymuję auto. Gwidon zbiera się na decyzję. Dość męską. Wycie w wozie nie ustaje.

– Weź, wypierdalaj – mówi do panny dość twardo. I dodaje – ja jadę do domu.

No, brawo, myślę. Chłopaku. Dałeś radę tym łzom, babskiej histerii. Wreszcie. Laska wysiada, trzaska mocno. Jedziemy dalej.

Aha, serio?

– Pan poczeka. – krzyczy nagle Gwidon.

Pięć sekund, siedem łez dalej. Gość goni za panną jak Kajetan za dzikiem w walizce. Czułym ramieniem ogarnia. nadgarstkiem łzy zbiera z jej twarzy. Kciukiem daje mi znać, że już okej. Że mogę odjeżdżać.

No właśnie. Odjeżdżam.

_____________________

  • Nawet Ksawerego nie znam, co dopiero Myszona. Ani żadnej Żywii. Ogólna opornie z imionami u mnie.
(Visited 373 times, 2 visits today)

3 thoughts on “Auriska Noego”

  1. Woj says:

    CgujoCh

  2. Ewelina says:

    Ogólnie to podziwiam za tak dobrą i szczegółową pamięć, a i stylistyka godna pozazdroszczenia. Przynajmniej dla mnie. Taka lekka 🙂

    1. mm
      Paweł Grott says:

      A bardzo dziękuję.

      Serdeczności,
      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider