Wszystkie wpisy, których autorem jest Paweł Grott

Foto: Max Pavlenko/war-saw.pl

Opowieści z ramki. Luiza gotuje grzyby

  Nad ranem  kończy się paliwo. I u mnie, i w megance. Zajeżdżam na statoil, tankuję do pełna, diesla wlewam, pod sam korek. Dwie-i-pół stówy, pojemny, głodny bak, żesz. Ja dużo tańszy, do wykarmienia, tylko szesnaście złotych, za Marlboro, w miękkiej. Palę, sino-błękitny dym w płuca garnę, jak ambrozję. Wgapiam się, na zdjęcie na ramce. Powoli rozumiem, ogarniam tę historię.

Foto: Paweł Grott

Fejl

Podjeżdżam na Podwale, uśpioną Starówkę. Jest późna noc, turystów dawno wywiało, w końcu zima. Luty w Warszawie niezbyt zachęca do nocnych eskapad, od baru do baru. Nawet w walentynki. Szczególnie, że większość tych barów już dawno nieczynna, po północy, mieszkańcy się burzą, to właściciele zamykają, w obawie przed wypowiedzeniem najmu. O romantycznym spacerze ulicami, zapomnij. Cisza nocna, sąsiada,

Foto: Max Pavlenko/war-saw.pl

Slumdog. Milionerzy z Cieszyńskiej

  ‚Puk, puk’ nad uchem, jak podwójny strzał z rewolweru, wyrywa mnie ze snu. Rzucam się na fotelu, jak sieja na sieci, patrzę, w lewo, skąd dochodzą strzały. Przed chwilą rajska plaża, pod palmą, teraz widzę ciemność. I przybrudzoną boczną szybę meganki, za nią znowu ciemność, a w jej środku owal ciemności, jakby jeszcze ciemniejszy, w nim, centralnie

Foto: Max Pavlenko/war-saw.pl

Kusicielka

  Czekam na Kamilę na Gocławiu. Jest kilkanaście minut po drugiej w nocy, w środku tygodnia. Blokowisko uśpione, nieliczne żółte prostokąty okien, chaotycznie rozrzucone wśród dziesiątek czarnych, bez żadnej reguły.  W czteropiętrowcu przede mną, tam gdzie adres odbioru, tylko jedno okno żółte, na drugim piętrze. Odgłosy melanżu dobiegają mnie stamtąd, gdy wychodzę z meganki zapalić, w oczekiwaniu

Foto: Paweł Grott

Michał przeprasza

  Parkuję megankę na chodniku, przy Świętokrzyskiej, pomiędzy Mazowiecką, a Jasną, na wysokości numeru szesnastego. Tuż przed Aioli. Czekam na Michała. Adres odbioru, co prawda, pokazuje, że po drugiej stronie ulicy powinienem być, pinezka w aplikacji wbita w dawny hotel Warszawa, ale gdzie tam, wiem lepiej. O czwartej nad ranem, w piątkową noc, na pewno z Mazowieckiej mój pasażer węża goni,

Foto: Paweł Grott

Listonosz

Listonosz. Pod klatką listonosz. Autentyczny, serio. Nie taki w uniformie, ale jednak listonosz. Torba na listy jest, tyle że duża i na wózku. Takim jak sąsiadki z bazarku pomidory, mleko wożą. Dość granatowa, ta torba. Listonosz dzwoni pod 54. –  Poczta! – woła, gdy męski głos spod 54 się odzywa zachrypłym: Halo. Nic. W odpowiedzi cisza.

foto: Paweł Grott / jf

Celina Horror Story

  – Bo ja, proszę pana, lubię się bać – mówi Celina, gdy już wsiądzie na tylną kanapę meganki, koło północy. Oho, niedobrze, myślę. Ja raczej nie lubię. Zatem rzadko to robię. Zerkam we wsteczne, kogo wiozę. Czy zaraz mi aksamitnej chusty na oczy nie zarzuci pasażerka Celina, gdy mocniej przytnę Prymasa Tysiąclecia, w stronę

Siedemnastka

  Zimowe ferie w Warszawie, zatem licealiści rozbijają się nocnym uberem po mieście. O barbarzyńskich porach nocy. Nie wiem, czy nieletni, dowodu przed wejściem do auta nie sprawdzam. Za to bardzo pijani, bez wyjątku. I bardzo wyluzowani. Na przykład taki Filon, w lutowy wtorek, o trzeciej w nocy, pośrodku uśpionego blokowiska na Bemowie. Stoi na przystanku, adidaski-dresik-kaptur. Jest z dziewczyną, w czarnych spodniach, z dziurami,

Foto: Paweł Grott

Milionerzy

  Spieszę się, jak rzadko kiedy. Tnę Czerniakowską w stronę Konstancina, slalomuję między pasami, wymijam. Zaraz przecinam skrzyżowanie z Gagarina, na następnych w prawo, w Chełmską, potem Dolną w górę i już na Puławskiej. Zdążę, myślę. Jestem głodny, a mój ulubiony orient-bar zamykają za 20 minut. Już parkuję przy Puławskiej, światła ułożyły się korzystnie, tym razem.

Foto: Max Pavlenko/war-saw.pl

Sommelière

  Około północy odbieram zlecenie przejazdu uber. Pasażerka Żaneta zamawia, mam do niej niecałą minutę drogi. Podjeżdżam pod jeden z nowo-otwartych wine-barów przy Kruczej. Na awaryjnych czekam na Żanetę, dookoła raczej pustawo, wiadomo, poniedziałkowy wieczór, w mieście bida z nędzą. Stolica leczy kaca po weekendzie. I to na trzeżwo leczy, bo w niedzielę, to jeszcze klin-klinem. Trochę trwa,

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider