Archiwa tagu: dzień

foto: Paweł Grott

Aussie

  Dzisiaj piątek, więc robię wyjątek. Jeżdżę w dzień i w blasku słońca nad Warszawą, w korkach. Choć słabo mi to idzie, po prawdzie, ja, nocny król warszawskich szos jestem trochę zagubiony w tej widności dnia, w upale kamienic przy jerozolimskich. Nietoperz, batman, ten koń z pokładu ze szkolnej lektury, co w totalnej ciemności orze w czeluściach bezdennej kopalni,

foto: Paweł Grott

Mecenas

  Mecenas wychodzi do pracy o normalnej godzinie, jak każdy biały człowiek. Tuż przed dwunastą w południe widzę go, gdy zbliża się cienistą alejką, wychodzi zza kutych płotów, strzyżonych żywopłotów.  Wiek plus-minus trzydzieści, ubrany dość każualowo, w końcu piątek mamy. Jakieś jasne sztruksy, markowa koszula rozpięta na trzy guziki pod szyją, zakasane dość wysoko rękawy. Ajmsołfakingkul

foto: Paweł Grott

Letnie sukienki

  Mam kilku kumpli na uberze, którzy jeżdżą w dzień, a nie w nocy. Serio, podziwiam ich. Może nie tak bardzo jak Einsteina, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Vadisa Odidja-Ofoę, czy paru innych, ale jednak podziwiam. Dzisiaj nawet bardziej, niż kiedyś. Bo sam sprawdziłem, czym jest dzienna jazda w tygodniu, po Warszawie. I wiem, że nie chcę. Nie ważne czym. Na rowerze,

foto: Paweł Grott

Ekipa

  Pięć minut po siódmej dzwonek do drzwi. Jest sobota, właśnie wróciłem do domu, zaraz kładę się spać. A tu dzwonek, taka niespodzianka. Ki chuj, myślę. Otwieram. Za drzwiami koleś w wysokich, granatowych rybaczkach zdejmuje długopis zza ucha. Tuż za nim jeszcze drugi, też w rybaczkach, trochę niższy, łysawy, z dużą teczką na narzędzia w dłoni.

Foto: Paweł Grott

Listonosz

Listonosz. Pod klatką listonosz. Autentyczny, serio. Nie taki w uniformie, ale jednak listonosz. Torba na listy jest, tyle że duża i na wózku. Takim jak sąsiadki z bazarku pomidory, mleko wożą. Dość granatowa, ta torba. Listonosz dzwoni pod 54. –  Poczta! – woła, gdy męski głos spod 54 się odzywa zachrypłym: Halo. Nic. W odpowiedzi cisza.

Foto: Max Pavlenko/war-saw.pl

James Bond z Migdałowej

Kilkanaście minut po ósmej rano, jestem na Ursynowie. Początek lata, Warszawa skąpana w porannym słońcu. Łapię zlecenie na Migdałową, mam niedaleko. Myk z Rosoła w prawo, za leklerkiem i już jestem. Gość czeka na ulicy, widzę go. Nietrudno zauważyć: ze dwa metry wzrostu, w ciemnogranatowym garniaku, czarne aviatory na oczach. Typ przestępuje z nogi na nogę, niecierpliwi się. Pewnie

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider