Archiwa tagu: dzień

foto: Paweł Grott

Majóweczka

  Bach! Łups! Plask! Dobiega z tylnej kanapy. I zaraz potem:  – A mam cię skurczybyku! Hehe. To ostatnie z satysfakcją, tak przez wielkie He. Do tego powtórzone: – No, popatrz, Hanka, jaki bydlak, kurna. Normalnie. Mam ją, sukę. Hehe. Lecę niespiesznie Marywilską w stronę Nieporętu, jak dla mnie te odgłosy to czysty spokój, tu i teraz. Wokół

foto: jf

Dwa klucze

Wychodzę z domu dziś trochę później niż zazwyczaj. Przyczyna prosta, odsypiałem weekend, piękna pogoda ostatnie dwa dni, więc i działo się na mieście. Wiara bawiła się oporowo i chlała. I nad Wisłą, i po krzakach, kurs za kursem wpadał cały czas. A każda laska w miniówce, a każdy kolo wypachniony. I z małpką w kieszeni, i radosny jak ta wiosna,

Foto: Max Pavlenko/war-saw.pl

Simple story

  Wieść gruchnęła nagle, bez sensu się wygadałem. A takie niusy po Mirowie to codzą, że hej. Pierwszy skomentował gospodarz. Gospodarz wie wszystko, od tego w końcu jest. – Witam, witam. Podobno się wyprowadzasz – rzucił krótko po szóstej rano, gdy wracałem z roboty. Odstawił miotłę, podał mi ciężką dłoń i przez chwilę zamilkł. – No

foto: Paweł Grott

Aussie

  Dzisiaj piątek, więc robię wyjątek. Jeżdżę w dzień i w blasku słońca nad Warszawą, w korkach. Choć słabo mi to idzie, po prawdzie, ja, nocny król warszawskich szos jestem trochę zagubiony w tej widności dnia, w upale kamienic przy jerozolimskich. Nietoperz, batman, ten koń z pokładu ze szkolnej lektury, co w totalnej ciemności orze w czeluściach bezdennej kopalni,

foto: Paweł Grott

Mecenas

  Mecenas wychodzi do pracy o normalnej godzinie, jak każdy biały człowiek. Tuż przed dwunastą w południe widzę go, gdy zbliża się cienistą alejką, wychodzi zza kutych płotów, strzyżonych żywopłotów.  Wiek plus-minus trzydzieści, ubrany dość każualowo, w końcu piątek mamy. Jakieś jasne sztruksy, markowa koszula rozpięta na trzy guziki pod szyją, zakasane dość wysoko rękawy. Ajmsołfakingkul

foto: Paweł Grott

Letnie sukienki

  Mam kilku kumpli na uberze, którzy jeżdżą w dzień, a nie w nocy. Serio, podziwiam ich. Może nie tak bardzo jak Einsteina, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Vadisa Odidja-Ofoę, czy paru innych, ale jednak podziwiam. Dzisiaj nawet bardziej, niż kiedyś. Bo sam sprawdziłem, czym jest dzienna jazda w tygodniu, po Warszawie. I wiem, że nie chcę. Nie ważne czym. Na rowerze,

foto: Paweł Grott

Ekipa

  Pięć minut po siódmej dzwonek do drzwi. Jest sobota, właśnie wróciłem do domu, zaraz kładę się spać. A tu dzwonek, taka niespodzianka. Ki chuj, myślę. Otwieram. Za drzwiami koleś w wysokich, granatowych rybaczkach zdejmuje długopis zza ucha. Tuż za nim jeszcze drugi, też w rybaczkach, trochę niższy, łysawy, z dużą teczką na narzędzia w dłoni.

Foto: Paweł Grott

Listonosz

Listonosz. Pod klatką listonosz. Autentyczny, serio. Nie taki w uniformie, ale jednak listonosz. Torba na listy jest, tyle że duża i na wózku. Takim jak sąsiadki z bazarku pomidory, mleko wożą. Dość granatowa, ta torba. Listonosz dzwoni pod 54. –  Poczta! – woła, gdy męski głos spod 54 się odzywa zachrypłym: Halo. Nic. W odpowiedzi cisza.

Foto: Max Pavlenko/war-saw.pl

James Bond z Migdałowej

Kilkanaście minut po ósmej rano, jestem na Ursynowie. Początek lata, Warszawa skąpana w porannym słońcu. Łapię zlecenie na Migdałową, mam niedaleko. Myk z Rosoła w prawo, za leklerkiem i już jestem. Gość czeka na ulicy, widzę go. Nietrudno zauważyć: ze dwa metry wzrostu, w ciemnogranatowym garniaku, czarne aviatory na oczach. Typ przestępuje z nogi na nogę, niecierpliwi się. Pewnie

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider